Przeszła przez trud walki z zaburzeniami odżywiania – teraz pomaga innym zmagającym się z nimi

Czas czytania: 11 minuty Agata Borkowska to młoda dziewczyna, która chorowała na anoreksję, została zmarginalizowana przez publiczną służbę zdrowia i musiała być leczona prywatnie.
Czas czytania: 11 minuty

Usłyszałam od lekarza, że “wysechł mi od niejedzenia mózg, że te zmiany są już nieodwracalne i właściwie to trudno, już nie ma nadziei”.

Agata Borkowska jak nikt inny ma świadomość tego, jak trudno jest chorować na zaburzenia odżywiania w Polsce, gdzie są one marginalizowane i nazywane mianem fanaberii. Przekonała się, że w kwestii zaburzeń odżywiania nie może liczyć na państwową służbę zdrowia. Nie zgadza się jednak na takie traktowanie osób chorych, postanowiła zacząć pomagać innym i wystosować petycję do Ministerstwa Zdrowia.

Agata Borkowska w jesiennym parku

Patryk Stelmaszek: Czy chciałabyś przedstawić nam swoją historię związaną z zaburzeniami odżywiania?

Agata Borkowska: Przede wszystkim moje zaburzenia odżywiania zaczęły się od siódmej, tak pod koniec siódmej klasy. Wiadomo, że ja byłam tym rocznikiem, który był takim królikiem doświadczalnym, to też wielokrotnie powtarzam, natomiast to jest warte wspomnienia, bo przez to, że poszłam do tej siódmej klasy, a to zresztą pewnie sami możecie potwierdzić, że naprawdę mieliśmy masę roboty mnóstwo sprawdzianów, kartkówek, mnóstwo stresu, mnóstwo presji. To było spowodowane tym, że dwa roczniki, czyli rocznik mój 2004 i rocznik osób starszych, które jeszcze poszły do gimnazjum, to był ostatni raz kiedy poszły, musiały ze sobą rywalizować o to samo miejsce, w liceum, technikum. No i żeby dostać się gdziekolwiek, trzeba było bardzo mocno harować, mnóstwo czasu poświęcić na pracę, na naukę i to się przełożyło właśnie do rozwinięcia się zaburzeń odżywiania w moim przypadku. No i oczywiście nie mogę winić tylko szkoły i tylko systemu. Natomiast mój charakter, który jest powiązany z perfekcjonizmem, też mocno wpłynął na rozwój zaburzenia odżywiania. No i tak jak już to bardzo często wspominam, najpierw zaczęło się od niejedzenia śniadań. Na przykład zamiast całej kanapki jadłam pół.

Później z tej połowy zrobiła się kolejna połowa, później na ćwiartka, a w końcu doszłam do wniosku, że właściwie jak już tak mało jem, no to właściwie nie muszę w ogóle. I też miałam taki okres, kiedy jadłam praktycznie same warzywa, żeby jednak podbić objętość, a żeby to nie wpływało na kaloryczność. Doszło aż do tak skrajnego momentu, że zabrano mnie do szpitala. Niestety trafiłam tam po trzykrotnym zemdleniu na pobieraniu krwi. No wtedy rodzice zdecydowali się wezwać pogotowie ratunkowe i poszłam do szpitala. To nie był szpital psychiatryczny, tylko dziecięcy, bo akurat w tym szpitalu było miejsce, także leżałam tam na oddziale endokrynologicznym. No i przyszłam tam z wagą dwa kilo więcej, niż wyszłam po trzech tygodniach w szpitalu, gdzie przydzielono mi dietę, która była zbyt mało kaloryczna po pierwsze, a po drugie nie do jadałam wszystkiego.  Przyznaję, że i tak chowałam to jedzenie. Miałam kilka swoich sposobów i też nie oszukujmy się – oszukiwałam zarówno lekarzy jak i rodziców. Natomiast nikt nie zwracał na mnie uwagi, co było dziwne, ponieważ wiedzieli z jakim problemem przyszłam. Wiedzieli, że osoba właśnie w moim przypadku z anoreksją jednak ma skłonności do oszukiwania, chowania, do kłamania. No i wyszłam właśnie z tego szpitala, dwa kilogramy lżejsza. A wyszłam dlatego, że rodzice zdecydowali się na wypisanie mnie na własne żądanie,  bo widzieli co się dzieje. Wiedzieli, że tak naprawdę jeszcze bardziej chudnę, mój stan się pogarsza w szpitalu i postanowili mnie leczyć mnie na własną rękę. Czyli zaczęliśmy psychoterapię. Najpierw publicznie – sami możecie się domyślić, jak nie za ciekawie było. Po pierwsze terminy, po drugie, niestety ja przynajmniej, nie trafiłam na dobrych lekarzy specjalistów. No i doszło do momentu, kiedy po prostu mój stan był już tak ciężki, a tu się jeszcze przyłożyła pandemia, sytuacja w ogóle pandemiczna z osłabieniem, osamotnieniem gdzie nie musiałam chodzić do szkoły, gdzie nikt nie widział tego, jak wyglądam, gdzie ludzie nawet nie mogli zwrócić na mnie uwagi, a ja czułam się po prostu przytłoczona tym brakiem kontroli nad sobą, nad swoimi niejedzeniem i doszło do  momentu kiedy trafiłam do szpitala z wagą 28 kg.

Byłam wtedy naprawdę w  bardzo złym stanie i myślę, że nawet jakbym schudła jakieś  200 gramów, to mogłoby się to skończyć dla mnie śmiercią. Myślę, że już nigdy bym z Tobą nie rozmawiała.

P.S.: Czy wtedy jak byłaś pierwszy raz w szpitalu czy już tam zdiagnozowali Ci anoreksję?

A.B.: Zdiagnozowano u mnie anoreksję właśnie w tym szpitalu, w którym byłam po raz pierwszy. Natomiast to już zarówno ja, jak i moja rodzina podejrzewaliśmy, że coś jest nie tak, że mam jakieś zaburzenia odżywiania, bo jednak ta kontrola, którą miałam,  przejęła kontrolę nade mną, było to takie błędne koło.

Na wadze leżą: Rafaello, jabłka oraz słodycze.

P.S.: Co czułaś, kiedy usłyszałaś diagnozę od lekarza, że stwierdzono Tobie anoreksję? 

A.B.: To znaczy dla mnie to nie było jakieś zaskoczenie, bo już wiedziałam, że coś jest nie tak i moi rodzice też. Natomiast czułam niekoniecznie taką ulgę. Myślę, że przez bardzo krótki czas poczułam ulgę, że jednak ktoś mi pomoże. Mimo tego, że postawiono tą diagnozę, to i tak niestety nie przejęto się za bardzo moim przypadkiem. Właściwie to nic nie czułam, czułam się obojętna.

P.S.: Wspominałaś o tym, że najpierw skierowałaś swoje kroki do tej publicznej służby zdrowia. Dopiero gdy zobaczyłaś, że działa nieskutecznie i zdałaś sobie sprawę z tego, że ci nie pomoże. Miałaś tę możliwość, żeby pójść właśnie w stronę prywatnej opieki i jak poradziłaś sobie w związku z tym z chorobą?

A.B.: Nie chcę nikogo zniechęcać do korzystania z NFZ i w ogóle publicznej służby zdrowia, ale w moim przypadku akurat nie natrafiłam na dobrych lekarzy publicznych i byłam po prostu zmuszona do sięgnięcia po pomoc gdzieś prywatnie. I to wyglądało tak, że miałam tam czterech psychologów publicznie, no niestety w ogóle nie spełnili moich oczekiwań, bo po jeden powiedział, że anoreksja to jest forma buntu w moim przypadku, z czym się zgodzę oczywiście. Natomiast to, co dalej powiedział mi, czyli, że zamiast niejedzenia powinnam sięgnąć po alkohol, powinnam zacząć palić papierosy i pokazywać swój bunt tak jak robią to moi rówieśnicy. No to z tym się już nie zgodzę. I jedna też była, tylko pani psycholog, która powiedziała, że właściwie mój przypadek to nie jest aż taki poważny i że ja tak wymyślałam i powiedziała, że są osoby, które bardziej potrzebują tej pomocy. Skończyłyśmy współpracę. Otóż pani nie chciała ze mną pracować. Tak to wyglądało właśnie. Natomiast myślę, że po prostu może nie trafiłam, może miałam pecha.

Ale jeśli chodzi o te pozytywne aspekty, to poznałam panią Asię. To jest Joanna Białas, która prowadzi centrum psychodietetyki w Bydgoszczy, a ja ją poznałam chyba miesiąc po tym jak w ogóle powstała na rynku, także miałam ogromne szczęście, że akurat w tym momencie, bo myślę, że gdybym jej nie poznała, to  nie byłam w tym momencie, w którym jestem. Natomiast ona mi pomogła przede wszystkim przez rozmowę, a przede wszystkim przez to, że ukierunkowana mnie na takie pozytywne myśli i na to, że przytycie nie jest czymś złym, że jedzenie jest potrzebne, że jest jak paliwo i że ja nie muszę zasługiwać na jedzenie, bo jedzenie to potrzeba fizjologiczna.

P.S.: Co cię najbardziej przeraziło w toku twojej walki z chorobą, dużo było takich momentów, gdzie państwowa służba zdrowia cię zawiodła?

A.B.: Tak, myślę, że było wiele takich momentów, ale takim apogeum było niestety rozmowa z psychiatrą. To było w szpitalu podczas tego drugiego pobytu i sam fakt, że ta rozmowa z psychiatrą odbyła się dopiero w ostatni dzień mojego pobytu w szpitalu, po trzech tygodniach, jest dosyć druzgocący. A wiadomo, że anoreksja to choroba psychiczna i tutaj pomoc psychologa, psychoterapeuty, psychiatry i w ogóle psychologa jest niezbędna. Bo umówmy się, tu nie chodzi tylko o utuczenie człowieka, tylko o wyleczenie, a nie zaleczenie. I to była rozmowa z psychiatrą, cała rozmowa trwała 3 minuty i jak powiedziałam z jakimi problemami się zmagam. Po czym on spytał ile jest 2+2, a ja powiedziałam, że 4 na co on powiedział, że no dobrze. Później kazał mi wymienić dzieła jakiegoś aktora i pisarza, których ja nie znałam i powiedziałam, że nie wiem, że nie potrafię na to odpowiedzieć. Po prostu nie wiedziałam, miałam prawo nie wiedzieć, to nie był jakiś sprawdzian, a on mi powiedział, że wysechł mi od niejedzenia mózg, że te zmiany są już nieodwracalne i właściwie to trudno, a właściwie to już nie ma nadziei.

 Po czym rok później, czyli teraz, jestem w miejscu, w którym nawet nie myślałam, że będę. Mam siłę w ogóle na funkcjonowanie, a to, że tak potraktowano mój przypadek, jest po prostu skandaliczne. Jest czymś brutalnym i  nie chcę po prostu, żeby dalej osoby były tak traktowane.

Zdjęcie Agaty Borkowskiej z napisem: "Nie zasługuję na leczenie. Nie stać mnie na nie.  Nic nie mogę zrobić. Jestem skazana na powolną śmierć."

P.S.: Oprócz siły na funkcjonowanie masz też przede wszystkim moim zdaniem siłę na aktywne działanie, co pokazujesz, chociażby na Instagramie, codzienną aktywnością, gdzie nagłaśniasz problematykę  zaburzeń odżywiania, która tak często jest tematem tabu, albo właśnie tak jak w przypadku państwowej służby zdrowia marginalizowane. Dlaczego nagłaśnianie jest dla Ciebie takie ważne? Co skłoniło Cię do tego, żeby zacząć nagłaśniać tę tematykę?

A.B.: To tak jak już przed chwilą właśnie mówiłam, że ja nie chcę, żeby jakakolwiek inna osoba, ani jedna, została ponownie tak potraktowana jak ja, bo wiem, że z tego jest bardzo trudno wyjść, a takie komentarze ze strony lekarzy to tym bardziej nie pomagają. I ja na początku w ogóle chciałam działać anonimowo i nikt właściwie nie wiedział, że ja stoję za swoją działalnością. Natomiast jak już zajęły się tym media i jak już to tak trochę wybuchło w mediach, no to dziennikarze mnie skłonili do tego, żeby jednak ujawnić swoje nazwisko, no bo jest zdecydowanie łatwiej funkcjonować. I przez to chciałam powiedzieć, że nie robię tego absolutnie dla sławy, dla “influencerstwa”. Nie wiem, co się teraz robi w tych mediach. Ja sama nie jestem zwolenniczką w ogóle mediów społecznościowych. Natomiast widzę, że dzięki tym mediom, dzięki swojemu Instagramowi i dzięki mojej działalności, mogę nagłaśniać ten problem. Mogę sprawić, żeby społeczeństwo zrozumiało, że anoreksja to nie jest wymysł lub fanaberia, a w rzeczywistości to jest choroba psychiczna, która ma największy współczynnik śmiertelności wśród w ogóle wszystkich chorób psychicznych.

Screen z tiktoka z tekstem: "hejka Kochani. pokażę wam dzisiaj, ile kosztuje miesięczne leczenie zaburzeń odżywiania w Polsce"

I ludzie naprawdę tego jeszcze nie rozumieją. Dlatego ja pragnę uświadamiać innych o tym problemie i zależy mi przede wszystkim na pomocy innym, co myślę, że mi się udaje, bo dostaję naprawdę wiele wiadomości od różnych ludzi, którzy piszą mi “O, Agata super! Dziękuję za Twoją działalność, że przełamałam się np. do zjedzenia czegoś, do  nieliczenia kalorii, do nieuprawiania sportu. Do zaprzestania obsesyjnego ważenia się”. I to dodaje mi siły do walki, do walki o lepszą przyszłość. I nawet jeśli mam chwile zwątpienia, czy idę w dobrym kierunku, to właśnie patrzę sobie na te wiadomości i patrzę na to, ilu osobom już pomogłam, a jestem tak naprawdę dopiero na początku swojej działalności, dlatego to jest dla mnie największą motywacją.

P.S: Oprócz tego, że pomagasz tym ludziom, motywujesz ich do tego, żeby przestali się na przykład obsesyjnie ważyć, to wystosowałaś petycje do Ministerstwa Zdrowia, gdybyś mogła o tym opowiedzieć.

Karolina Borowska przy logo programu "dzień dobry tvn"

A.B.: Jasne, to jest petycja, którą właśnie po zebraniu odpowiedniej ilości podpisów pragnę wystosować do Ministerstwa Zdrowia. Rozmawiałam ostatnio nawet na ten temat z osobą, która gdzieś tam pracuje dla ministerstwa i powiedziała mi, że to jest możliwe, że to jest bardzo ważny temat, bardzo, bardzo potrzebny. Natomiast bez tej ilości podpisów około stu tysięcy niestety za dużo zrobić nie możemy, dlatego nagłaśniam sprawę wszędzie. Zawsze podpinam linka pod każdymi komentarzami, wszystkimi postami, relacjami, żeby jak najwięcej osób skłonić do walki o nasze prawa, do egzekwowania naszych praw do leczenia zaburzeń odżywiania. I wydaje mi się, że ta petycja może przynieść gdzieś tam jakiś sukces, a nawet jeśli nie przyniesie sukcesu, bo zdarzają się takie rzeczy, które są niezależne od nas, to mam takie myśli, że jeśli pomogę nawet jednej osobie, to będzie to naprawdę ogromny sukces.

Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę i zachęcamy do podpisywania petycji. 

grafika z drzewami w tle, na pierwszym planie jest tekst" "Podpisz petycję! #Nie musimy, możemy, mamy! działajmy wspólnie"

Link do petycji: https://tiny.pl/wtj55

Link do Instagrama Agaty, gdzie codziennie zamieszcza treści dotyczące zaburzeń odżywiania i samoakceptacji: https://instagram.com/ana.nimowa?igshid=YmMyMTA2M2Y=

Patryk Stelmaszek
Patryk Stelmaszek

Uczeń jednego z bydgoskich liceów, profil humanistyczno-prawny. Lubię debatować i uczyć się języków obcych. W czasie wolnym chętnie czytam książki, szczególnie kryminały.

Artykuły: 2